Chyba każdy pracownik etatowy marzy czasem o pracy freelancera. I odwrotnie, każdy freelancer chociaż raz chętne wskoczyłby w sztywne ramy pracy od-do. No, przynajmniej ja tak mam, szczególnie dzisiaj, po całonocnej potyczce ze zleceniem przerywanej co godzinę kojąco-uspokojającymi wizytami w sypialni zakatarzonego Bączka. Noc grozy i horrorów, mówię Wam.

Nic to. Teraz, po odespaniu (3 godziny!), umyciu włosów i zębów, wrzuceniu na siebie czegoś bardziej formalnego niż szary dres (kocham, jednak cytrynowo żółte spodnie zdecydowanie bardziej dodają energii do działania), odpaleniu kawy i świecy zapachowej (jesień, jesień, jesień ach to ty…) jestem całkiem zdatna do życia 🙂
I gotowa opowiedzieć Wam o moich perypetiach z GlossyBoxem, którego zamawiam od trzech miesięcy. Nie będzie jednak bicia piany ni peanów na cześć. Pokaże tylko produkty, które rzeczywiście podbiły moje serce. Ot, rachunek sumienia, który pozwoli mi się (hopefully) zdecydować, czy mój związek z GB ma jeszcze jakąkolwiek przyszłość 🙂
Pierwsze pudełko weszło w moje posiadanie, kiedy zobaczyłam, że zawiera miniaturkę mojego ulubionego kremu pod oczy Clinique All About Eyes:
Trudno tu mówić o odkryciu, bo krem znałam wcześniej. Niemniej, dostałam miniaturkę w całkiem przyjemnej cenie, jeśli podzielić te 49zł na pięć 😛
W tym samy pudle przyszedł szampon… cudny, gęsty, olejowy szampon, po którym moje włosy nabierają objętości i pięknego zapachu, a każdy naturalny skręt jest idealnie podkreślony i utrwalony (tekst jak  reklamy normalnie… powinnam chyba zmienić branżę :D)
Z tym czarnogłowym przystojniakiem na pewno jeszcze się spotkam. Na razie istnieją problemy natury technicznej (czytaj: walczę o zachowanie resztek honoru, godności i silnej woli opróżniając zapasy szamponowe podczas projektu DENKO). Nic to, our time will come 😀
Złuszczanie – Pat & Rub. Lubię. Pierwszy na mojej półce pojawił się balsam brązujący od Kini, od tamtej pory mam chęć wrócić do tej marki. Kto wie, może za pomocą peelingu o landrynkowym zapachu i mojej ulubionej, kryształkowej konsystencji (peelingom w galarecie mówię stanowcze: NIE!)
Nawilżanie – maseczka Nuxe, po prostu fajny produkt. Miałam zainwestować w nawilżacza Clarins, teraz może jednak pomyślę nad Nuxe:
Na koniec glinka ghassoul, czyli proszek, który upaprał mi dokumentnie całe pudełko (niesmak), ale zostało całkiem sporo. Ogromny minus dla GB za brak instrukcji obsługi. Jako że nie miałam wcześniej do czynienia z glinkami w proszku (wiem, jestem zapóźniona), musiałam guglować, czego nie lubię…
O dziwo, fajna rzecz. Jak wyczytałam, że można umyć tym włosy, od razu postanowiłam spróbować wykorzystać glinkę w ten sposób (mam jakieś zboczenie w tym temacie, ilekroć coś MOŻNA nałożyć na głowę, właśnie tam to u mnie ląduje, jak w przypadku peelingu Lusha Rub Rub Rub 🙂 Dużo by mówić, więc ogólnie zasługuje na osobny post. Na razie powiem, że jestem na tak 🙂
Testuję właśnie jeszcze dwa kolejne produkty, które mają szansę dołączyć do moich boxowych faworytów. Trzy produkty, których w ogóle nie napoczęłam powędrowały do mojej sis. Pomadkę Kryolan for Glossybox trzymam, bo szkoda mi wywalać kompletnie nie tkniętą szminkę – jeśli komuś przypasowała i chciałby mieć kolejną, oddam w dobre ręce za symboliczny grosz i koszty przesyłki (niniejsze ogłoszenie stanowi ofertę w rozumieniu przepisów Kodeksu cywilnego 🙂 Alternatywnie, może też być dobre mojito 😀
I jeszcze jedno: dzięki GB mam już trzy całkiem porządne, solidne i ładne kartonowe pudełeczka. Są mega wszechstronne! Pierwsze stało się domkiem dla moich proszków upiększających, które jak wiadomo należy chronić przed wilgocią, Bączkiem i innymi destrukcyjnymi czynnikami środowiskowymi:
Zestaw podręczny 🙂
 No to jest, czarno na białym. Szkoda tylko, że nadal nie jestem pewna, zrezygnować, czy nie. Z jednej strony, poznałam kilka fajnych produktów. Z drugiej – kilka w ogóle mi się nie przydało.
Czyli dalej jestem w kropce.
Jakie jest Wasze zdanie o GB?
M.