Powiedzmy, że popełnić błąd może każdy, nawet powtórkę można jakoś usprawiedliwić, ale pakować się w coś, o czym wiemy, że najprawdopodobniej nie zadziała po raz trzeci – nawet nie wiem, co w tym miejscu napisać, uprzejmie proszę więc dopowiedzieć sobie samodzielnie. 

 Piję tu do własnych doświadczeń z paletami Urban Decay. Kultową Naked posłałam w świat bardzo szybko, bo bardzo źle pracowało mi się z tymi cieniami. Minęło trochę czasu, pojawiły się kolejne palety, a UD zostało zaimportowane do Polski przez Sephorę. Uległam Naked 3. Tym razem malowało się lepiej, ale i tak koniec końców niedawno złapałam się na tym, że tak naprawdę korzystam tylko z jednego cienia zawartego w tym zestawie, i to w dodatku takiego, dla którego bez problemu znalazłam pojedynczego sobowtóra. Paleta wylądowała więc na Allegro.

Nie wykluczam, że taki sam los spotka róże. Miało być superfajnie, bo UD, bo ciekawe zestawienie kolorów, fajny design no i GWEN. Ale wyszło tak sobie.

Plusy: 
  • Niesamowita pigmentacja – pamięć mięśniowa mojej prawej ręki działa znakomicie w przypadku odtwarzania ruchu smyrnięcia pędzlem różu w wiadomym celu. Tutaj musiałam zredukować ów wypracowany przez lata odruch o połowę, bo dla tych róży moja ręka była zdecydowanie za ciężka. Wróży to nieźle zużywalności produktu, choć jak wiadomo, takie rzeczy nigdy nie sięgają dna 😉
  • Dobór kolorów – naprawdę ciekawe zestawienie. Cherry do matowy radosny, jasny róż; Lo-Fi przypomina mi bardziej pomarańczową Hoolę, Easy (ciemny róż ze złotymi drobinkami) małpuje trochę Orgasm (ale bez efektu holo), Hush i Angel to rozświetlacze (oba ciepłe, pierwszy łososiowy, drugi szampański), ostatni, najbardziej oryginalny OC daje efekt “rybiej łuski”
  • Opakowanie – ciężka solidna kasetka (choć plastik z wierzchu zdążył mi się już porysować), duże lusterko, w środku spore róże, w których łatwo gmerać pędzlem.

Minusy:

  • Niesamowita pigmentacja – łatwo przesadzić, łatwo zrobić plamy, ciężko rozetrzeć
  • Dobór kolorów – umówmy się, że na codzień potrzebuję po prostu różu w korzystnym dla mnie odcieniu, a tutaj nie ma nic, co na mojej buzi dawałoby efekt WOW
  • Opakowanie – ciężka, spora kasetka będzie niepraktyczna w podróży, a to właśnie na takie okazje często zabieram gotowe palety zamiast miliona pojedynczych produktów
  • Trwałość – a zasadniczo jej brak

Początkowo byłam oczywiście zachwycona, jednak w miarę jak blask nowości zaczęła pokrywać patyna czasu doszłam do wniosku, że ten zakup był równie nietrafiony, co dwa poprzednie. Jeśli chodzi o UD powinnam chyba zatrzymać się na kredkach – oby jak najdłużej udało mi się wytrwać w tym postanowieniu…

Wasza,
Mała Czarna
 
*Jedną z cennych wskazówek jakie przywiozłam do domu z @meetbeautyconference była ta dotycząca niespełniania obietnic danych czytelnikom bloga (autor: Tobiasz Kujawa, Freestyle Voguing, pozdrawiam serdecznie). Rachunek sumienia nie trwał długo, postanowiłam zatem stworzyć cykl, w ramach którego powstaną wszystkie zaległe recenzje, których zapowiedź padła na blogu. Oto więc jego premiera.