… czyli moja opinia o najgorętszej nowej marce makijażowej sezonu!

Huczna premiera odbyła się prawie trzy tygodnie temu, wydaje mi się więc, że jestem gotowa podzielić się z Wami teraz już rzetelną opinią o tym, co nabyłam i wstępnymi wrażeniami na temat tego, co tylko obejrzałam.

Koncepcja kolekcji bardzo przypadła mi do gustu. Produkty w tej premierowej odsłonie dobrane sa tak, by za ich pomocą stworzyć naturalny, świetlisty makeup (który zresztą jest teraz bardzo na czasie). Aktualnie nie ma tu kolorówki do oczu (patrz koniec posta), a do ust pojawia się jedynie bezbarwny błyszczyk. Pomysł jest spójny, lekki i czysty; bardzo dobrze komponuje się z nim biało-bladoróżowa kolorystyka opakowań kolekcji.
Opakowania… Podobają mi się wspomniane kolory i geometryczny motyw ośmiokąta. Jednocześnie nie zgodzę się z niektórymi opiniami, że “czuć luksus” (ja nie czuję, pod tym względem to nie jest La Mer czy Guerlain). Materiały są słabsze, nie ma słynnych aksamitnych kieszonek – powiedzmy sobie wprost, to NIE jest marka luksusowa. Zresztą, później jeszcze wrócę do tego tematu. Dodam jeszcze tylko, że magnesy w produktach w sztyfcie uważam za lekkie przekombinowanie tematu (it’s a gimmik, honey!).
Podkładu i bazy nie kupiłam ponieważ nie potrzebuję kolejnych produktów tego rodzaju – baz mam w zapasie całkiem sporo, a podkład to dla mnie kosmetyk, któremu jestem wierna do (jego) śmierci, ponieważ, jak kiedyś pisałam, mam szczęście przywiązywać się do podkładów, które wychodzą z produkcji… 40 odcieni podkładu nie robi na mnie wrażenia, bo nie spodziewałam sie, że marka sygnowana nazwiskiem Rihanny mogłaby zapomnieć o tzw. deeper shades. Nie czuję się więc zaskoczona tym pomysłem.
Rozświetlacze to mocny punkt programu. Mój ze zdjęcia to Girl Next Door / Chic Phreak, trzeci najciemniejszy z czterech podwójnych. Zmierzam do tego, że wszystkie są dość jasne i dają bardzo naturalny, delikatny efekt, w dodatku ciężko jest je budować (właściwie sądzę, że jest to niemożliwe). Jeśli chodzi o rozświetlacze pojedyncze, to Trophy Wife na żywo nie przypomina żółtego, ale jest niesamowicie intensywnym złotem i naprawdę nie wiem, kto miałby ochotę nosić coś takiego na codzień… Chodzi mi za to po głowie dokupienie Metal Moon, który – podobnie – nie ma nic wspólnego z bielą – efekt po nałożeniu przypomina skrzenie świeżego śniegu w promieniach słońca. Jest więc równie wyjatkowy co Trophy Wife… tyle, że w zupełnie innym sensie 😉
Pędzle to… coś, co po prostu trzeba mieć – mam na myśli dwa “pełnowymiarowe” pędzle, z których jeden służy do podkładu, a drugi do rozświetlacza. Na razie w moim posiadaniu jest tylko ten drugi. Jest dobrze wyważony, ma zbite, średnio miękkie włosie i bardzo dobrze przemyślany profil. Cokolwiek nałożycie nim na policzek, będzie magia. Dzięki ścięciom pędzel otulacjącym ruchem pięknie rozprowadza produkt na kościach policzkowych.
Jak wspomniałam na wstępie, kompozycji tej kolekcji nie zaburzają kosmetyki stricte kolorowe. Co za tym idzie, bezbarwny błyszczyk jest po prostu oczywistym wyborem jeśli chodzi o jej zamknięcie produktem do ust. Niestety dla mnie, ma on charakterystyczny smak/zapach błyszczykowego melona, co sprawia, że wcale nie sięgam po niego z przyjemnością. Klei się i trzyma na ustach tak samo jak każdy przeciętny bezbarwny błyszczyk. Pozwólcie, że podkreślę to raz jeszcze – ten błyszczyk zupełnie nie ma koloru, nie dajcie się zwieść widocznym w tubce odcieniowi i srebremu pobłyskowi. Mimo to, udało mi się znaleźć dla niego genialne zastosowanie. Otóż nałożony na matową pomadkę daje perfekcyjne winylowe wykończenie ust, co pomoże mi dogonić odwracające się obecnie od makijażu matowego trendy. Mimo to, w dalszym ciągu uważam, że jest to najsłabsze ogniwo całego zestawu.

 

Czy więc warto? W mojej Sephorze za pędzel zapłaciłam 150 AED , za rozświetlacz 160 AED (o błyszczyku nie mówię, bo naprawdę nie warto) i sądzę, że przy tej jakości jest to górna granica, do której nie żałuję zakupu. Nie zrozumcie mnie źle – produkty są dobre, ale nie ma w nich nic wyjątkowego (jeśli szukacie skośnie ściętego pędzla do twarzy, coś o podobnym profilu ma w ofercie Zoeva). Dopóki w Polsce nie ma Fenty Beauty i do ceny bazowej trzeba dorzucić koszty transportu, cła i marży dla dystrybutora, moim zdaniem zabawa przestaje się opłacać. Z tego co widziałam do tej pory, sprowadzaniem pędzli nie zajmuje się żaden sklep – wielka szkoda. W przyszłym roku Fenty Beauty ma pojawić się w Niemczech – trzymam kciuki za to, żeby następna była Polska 🙂
Wasza,
I.
 
Ps. Zanim udało mi się opublikować ten post, do sprzedaży weszła już limitowana świąteczna (!) kolekcja Galaxy, w której znajduje się paleta cieni do oczu, błyszczyki, ppomadki i zmieniające kolor eyelinery. Ja wybrałam sobie beżowy eyeliner Later, crater, który po przetarciu zamienia się w opalizujące na zielono złoto. Zamierzam użyć go w najbliższym filmie z First impressions, jeżeli macie ochotę zobaczyć go w akcji, o wszystkim będę informować na moim Instagramie. Kolekcja robi wrażenie, jednak zanim chwycicie za karty kredytowe zastanówcie się, czy potrzebujecie kolejnych makijażowych zabawek, bo tak właśnie określiłabym wszystkie jej elementy.