L for Lush

Ponieważ świat jak wiadomo jest już jedną globalną wioską i wszędzie znajdziemy te same wszechobecne sieciówki, postanowiłam sobie, że będąc w Szwecji obejrzę sklepy, których u nas nie ma.

Tym sposobem trafiłam do Lusha, na którego produkty już dawno miałam ochotę 🙂

Na początek kupiłam scrub do ciała, którego można również używać jako szampon, masę, z której uzyskujemy oczyszczacz twarzowy i lip tint. Dodatkowo poprosiłam o próbkę cytrynowego masła do skórek paznokciowych.
 
Kosmetyki te są produkowane ręcznie i zawierają 99,9% naturalnych składników, czyli dużo więcej niż te z The Body Shop, który pójdzie w odstawkę (no, może oprócz kilku moich ulubionych produktów).

Po pierwszych testach jestem w Lushu absolutnie zakochana 😀 Z pewnością dokupię sobie jeszcze co nieco z asortymentu.

Jeśli macie okazję spróbować, gorąco polecam 🙂

M.

Read More

Na tropie bubla: Helena Rubinstein Lash Queen Feline Blacks Mascara

O tej mascarze warto napisać choćby dlatego, że po pierwsze jest dość popularna, po drugie mocno uszczupla kieszeń. O ile dobrze pamiętam, na dzień dzisiejszy w Sephorze musimy za nią zapłacić ok. 180 zł…
 
Opakowanie – piękne.

Efekt – niezły, chociaż bez szału, którego spodziewałabym się za tę cenę. Zdjęć nie daję, bo to po prostu przyzwoicie wydłużający tusz jakich wiele.

Czego więc się czepiam?

1. Osiadania tuszu pod oczętami. Po kilku godzinach nie ma wyjścia, trzeba się zainstalować przed lustrem i usunąć efekt pandy, tudzież poprawić makijaż. Tak więc w kategorii “trwałość” szału nie ma. Ale nie to jest najgorsze…

2. Masakrycznego podrażnienia oczu. Od wielu wielu lat jestem namiętnym użytkownikiem szkieł kontaktowych, oczęta mam nieco bardziej wrażliwe niż przeciętny człowiek. Kiedy kilka razy zdarzyło mi się przysnąć po użyciu tej mascary

(przypis dolny – ja wiem, że się nie chodzi spać bez demakijażu, ale jako mama małego dziecka korzystam często z najdziwniejszych i nawet najkrótszych okazji, żeby się przespać. Nie zawsze jest czas, żeby przedtem się pozmywać :P)

budziłam się z czerwonymi oczami i napuchniętymi powiekami :0 Nie muszę tłumaczyć, że ani to ładne, ani komfortowe…

Jednak nawet zakładając, że z pomalowanymi oczami się nie śpi, i tak odradzam.
Ten sam efekt głodnego wampira pojawia się po kilku godzinach pobytu maskary na rzęsach nawet jeśli w między czasie nie przycinam komara.
To teraz jeszcze sobie zsumujcie efekt z punktów 1. i 2. 
Ostatnio jak wieczorem weszłam do łazienki, przestraszyłam się sama siebie w lustrze, słowo daję…
Podsumowując: moim zdaniem, należy tę maskarę omijać szerokim łukiem, spluwając na jej widok trzykrotnie przez lewe ramię, rzucając solą i pogryzając główkę czosnku celem uniknięcia powyższych przykrych konsekwencji.
Mam nadzieję, że nigdy nie doświadczyłyście (i nie doświadczycie!) podobnego efektu na własnych pięknych oczętach 🙂

M.

Read More

Dea znaczy bogini :)

Mój kolejny brąz. Na Sephorę tymczasem się obraziłam 😉

O ile Leather boots określiłabym jako ciemną, gorzką czekoladę, Dea to czekoladka mleczna, zupełnie pozbawiona drobinek, opalizowania i w ogóle jakichkolwiek efektów dodatkowych:

To mój pierwszy lakier od Zoyi (?). Z ulgą stwierdzam, że pędzelek nadaje się do użycia, chociaż trzeba się przyłożyć, żeby uniknąć zacieków. Lakier nie jest mistrzem świata jeśli chodzi o szybkość schnięcia, ale jeśli możecie poświęcić kilkanaście minut na nicnierobienie, będzie ok 🙂

Nie wiem jak z trwałością, bo następnego dnia musiałam zmienić kolor na bardziej plażowy 😀

Ogólnie daję Dei 4/5 🙂

 
Cena: ok. 30zł na Allegro. Ja kupiłam w podobnej cenie w sklepie internetowym, gdzie jest większy wybór kolorów. Nie widziałam Zoyi w żadnym sklepie stacjonarnym, ale dowiedziałam się już, że podobno jest dostępna w Douglasie.
Read More
1 80 81 82 83